poniedziałek, 20 października 2014

Konkres NIE POSUWA SIĘ

On tańczy. W dzisiejszej PRAWICOWEJ PRASIE Łysiak, od dawna już nie nadający się do czytania w swojej formule felietonowej, pisze o Kongresie Wiedeńskim i przypomina ten mocno przereklamowany bon mot Josepha de Linge. To znaczy bon mot może i w oryginale świetny, ale to posuwanie. Tym bardziej, że podczas kongresu w Wiedniu posuwania raczej nie brakowało, ba, stanowiło w sumie dość istotny element specyficznego splotu polityki i obyczaju, szpiegostwa i legitymistycznej rozpusty. Trzy refleksje przy okazji 200 lecia tego eventu.

1. Gdybyśmy przyjęli, że zdobycie Bastylii miało miejsce w 1989 roku teraz zaczynałby się Kongres Wiedeński. Cała epoka Rewolucji i Wojen Napoleońskich zamknęłaby się niemal w całości pomiędzy. Kiedy się tak o tym pomyśli dość wyraźnie widać jak relatywne i w sumie bałamutne jest gadanie o tym, że świat jakoś strasznie przyspieszył. Mnóstwo drugorzędnych procesów może i przyspieszyło i zapierdala robiąc chyba głównie szum, zgoda. Ale świat chyba zawsze przyspiesza i zwalnia i kiedy przyspiesza i się zmienia trzeba wskakiwać w nurt i zmieniać go jak można, bo potem znów zastygnie w formie mniej lub bardziej niezadowalającej. 1989 - zburzenie Bastylii, 1993 - egzekucja Ludwika XVI, 1998 - Napoleon w Egipcie, 2004 - Napoleon Konsulem, 2005 - Austerlitz, 2009 - Wagram, 2012 - kampania w Rosji. No ja nie wiem czy to było jakoś szczególnie wolniej niż dziś.

2. Patriotyzm to dość fascynująca cnota gdy się ją obserwuje w laboratoryjnych warunkach, wyabstrahowaną od innych cnót i zalet. Talleyrand chyba właśnie dlatego jest aż tak ekscytującą postacią - to już nie jest przecież bezdyskusyjny mąż stanu, który miał swoje wady i ciemne strony, o nie. To geniusz zła, zdrajca wielokrotny, łapownik, rozpustnik, kłamca, człowiek pozbawiony zalet moralnych innych niż patriotyzm. I ten można kwestionować, ale to moim zdaniem jałowe spekulacje. Talleyrand zdradza Napoleona tak wcześnie, że wydaje się to ruch nie do obronienia. I tej zdrady jednocześnie nie da się zmazać i zmazać ją należy. Tylko dzięki obecności w obozie zwycięzców "kulawy diabeł" miał szansę przetransferować do niego pokonaną Francję i uczynić z niej europejskie mocarstwo niemal równorzędne każdemu ze sprzymierzonych imperiów. Niezależnie od wszystkich czynników dodatkowych musi być dla każdego jasne, że w kluczowym momencie Talleyrand korzysta ze wszystkich posiadanych talentów i możliwości tak, by służyć swojemu krajowi i fakt, że wzbogaca się przy okazji dość znacząco ma trzeciorzędne znaczenie. Wzbogacić można się było, przy jego talentach, na różne inne sposoby. Żadne proste "wiecie co z nim zrobić" nie aplikują się do takich sytuacji. Do dziś nie wiemy co z nim zrobić.

3. Co wiesz o studniach Napoleona, czyli klasyczny humor zeszytów, ale sto dni Napoleona ma w sobie przejmujący do kości romantyzm. Z perspektywy ówczesnej polskiej, czy szerzej: anty-systemowej (lol), ten cudowny epizod przyniósł raczej skutki negatywne. Talleyrand był na dobrej drodze do skłócenia koalicjantów w stopniu może nawet większym niż planował. Chwilowy nawrót napoleońskiego zagrożenia pozwolił scementować Święte Przymierze, które już zaczynało trzeszczeć na linii AustriaAnglia - PrusyRosja. Ale wyobraźcie sobie - oto cała europejska elita baluje już któryś miesiąc, tańce, romanse, moda, alianse, małżeństwa, biznes, wszyscy upojeni nie tyle powrotem jakiegoś wyśnionego ancient regime'u co raczej początkiem epoki w której ich pozycja nie będzie zagrożona przez dekady. Stary Porządek to tylko chwyt retoryczny, bo oto stanowi się Nowy Porządek, tyle, że projektowany przez cesarzy i pruskiego króla, a Anglicy kredytują przedsięwzięcie. I tą balową ekstazę przerywa nagle wiadomość, że KORSYKAŃSKI UZURPATOR uciekł i idzie na Paryż. I ten upojony nieustannym melanżem establishment jednak musi zacząć brać pod uwagę kiepski scenariusz. Jak się to skończyło wiadomo. Ale atmosfera musiała być wtedy Europie niesamowita.


sobota, 21 czerwca 2014

Argument

Trochę to trwało. Obietnicy z poprzedniego posta niewątpliwie nie dotrzymałem. Nie znaczy to jednak, że czegoś o trzytygodniowym pobycie w Stanach nie napiszę. Refleksje po roku straciły może na świeżości, ale zyskały na przenikliwości, kto wie. Tak czy inaczej wracam, bo zostałem do tego zmuszony przez rząd, prokuraturę i ABW. Zanim jednak wykażę co musi zostać wykazane posłuchajmy doskonałego komentarza do obecnej sytuacji w PO nagranego dawno temu przez Krystynę Prońko:




Teza do wykazania:

Premier Donald Tusk powinien się w tempie natychmiastowym podać do dymisji.


Niezbędne do zaakceptowania założenia wstępne:

Przekonanie, że tzw. demokratyczne państwo prawa stanowi wartość godną obrony.


Opis sytuacji:

Opublikowano w jednym z tygodników nagranie rozmowy ministra spraw wewnętrznych i prezesa NBP. Samego nagrania dokonano oczywiście w sposób nielegalny. Z nagrania jednoznacznie wynika, że namawiali się oni jak poprzez nieformalne obejście procedur konstytucyjnych uzyskać cele o charakterze jednoznacznie partykularnym, a więc związanych z interesem wyborczym jednej partii. Głębsze motywacje nie mają tutaj znaczenia, gdyż niezależność banku centralnego jest tak istotnym postulatem ustrojowym właśnie dlatego, by nie można było tegoż banku używać jako instrumentu politycznego.

Premier nie zdymisjonował ministra spraw wewnętrznych.

Po dwóch dniach od opublikowania nagrania podległe rządowi ABW na wniosek prokuratury dokonuje wtargnięcia do redakcji tygodnika w celu uzyskania źródeł nagrań, które mają stanowić dowód w sprawie nielegalnych podsłuchów. Operacja kończy się klęską tak wizerunkową, jak i praktyczną, bezpośrednią.


Podstawowy argument strony rządowej:

Nagrania zostały dokonane nielegalnie i przekazane do upublicznienia w sposób wskazujący, iż jakieś nieznane czynniki podejmują za ich użyciem próbę dokonania zamachu stanu i destabilizacji kraju. W tej sytuacji rząd musi zatem rządzić dalej i wyjaśnić całą sytuację nie ulegając szantażowi.


Argument ostateczny:

1. Nagrania są kompromitujące dla ministra spraw wewnętrznych, a więc i dla rządu.

2. Destabilizacja jest niebezpieczna i należy jej przeciwdziałać.

3. Ujawnianie kolejnych nagrań może całkowicie podminować i tak mocno zachwiane zaufanie do rządu.

4. Akcja prokuratury i ABW ujawniła głęboki kryzys tych instytucji i całkowity brak współdziałania, koordynacji i profesjonalizmu. Rozważmy dwa warianty:
a) akcja była bezpośrednio inspirowana przez premiera lub MSW - mielibyśmy zatem do czynienia z używaniem przemocy państwowej by ratować polityczną sytuację rządzącej ekipy.
b) akcja była niezależnym pomysłem prokuratury - mamy do czynienia z całkowitą, kolejną już w ostatnim okresie, kompromitacją tej instytucji; instytucji kluczowej dla funkcjonowania państwa, której reforma była jednym z postulatów rządu Tuska i kończy się całkowitą klapą.
Jak widać obydwa scenariusze są dla rządu kompromitujące. Albo państwo działa i służy sitwie, albo nie działa i całkowicie nie radzi sobie w sytuacji kryzysowej.

5. Jeśli premier Tusk ma rację i ktoś dokonuje próby szantażowania rządu przy pomocy nielegalnych nagrań oznacza to, iż każdy dzień trwania tego rządu przy władzy jest skrajnie niebezpieczny z punktu widzenia polskiej racji stanu. Dymisja rządu nie będzie braniem udziału w zamachu stanu. Będzie odwołaniem się do konstytucyjnych mechanizmów.

6. Podobnie ryzykowne jest trwanie przy władzy rządu nie potrafiącego zarządzać racjonalnie sytuacją kryzysową. Ostatnie dni pokazały jednoznacznie, że rząd nie jest w stanie zaistniałej sytuacji kontrolować.

7. Aby przeciwdziałać dalszej destabilizacji kraju i pozbawić ewentualne wrogie ośrodki możliwości zakulisowego wpływania na politykę RP rząd powinien natychmiast podać się do dymisji.

Koniec.













niedziela, 21 kwietnia 2013

Strzępy II

Nazbierało się, czas jest zajęty i niełatwy, wiec znów będzie zlew pisany nieco na kolanie. Same szkice bez satysfakcjonujących konkluzji. Mogę tylko nieśmiało obiecać, że postaram się przez najbliższe trzy tygodnie zamieszczać jakieś możliwie interesujące spostrzeżenia z wycieczki do USA, a i być może OKRASZAĆ JE zdjęciami. Obym dotrzymał słowa.

***

Szczerość w muzyce to trochę jak metafizyka w Wiedniu lat 20tych. Wszyscy się śmieją, nikt nie chce o tym gadać, a każdy patrząc w rozgwieżdżone niebo nasłuchując wycia wiatru przecież czuje, że coś musi być na rzeczy (lol). Oczywiście tak jak po pozytywizmie logicznym nie można już po prostu wrócić do heglowskiego bełkotania (w sumie dobry żart na okoliczność eksplozji bełkotu znacznie przekraczającego możliwości starego Hegla - zjawisko z jakim jeszcze długo będziemy się zmagać) tak i po druzgocących analizach pojęcia "szczerości w muzyce" nie ma już powrotu do jego dawnej (a przecież obecnej - rozdzielajmy cały czas realną dyskusję od tego co tam 'szarzy słuchacze nuty' mają w głowach) formy. Ostrożnie, krok za krokiem, postaram się przywrócić temu wyrażeniu jakiś sens, a raczej sens z niego wydobyć. Dziś krótko o szczerości tworzenia. Zagadnienie jest proste, zmącone jedynie idącymi całkowicie w poprzek skojarzeniami zaczerpniętymi z całkowicie innych porządków - muzyk szczery tworzy muzykę jaką chce tworzyć. Często świadomość muzyczna łączy się ściśle z rezygnacją z nieustannego kontekstualizowania jej pozamuzycznie, a więc i za pomocą własnych emocji. Te stają się narzędziem zamiast główną przyczyną sprawczą. Tworzenie 'wychładza się' swoiście, ale nie ma to nic wspólnego z utratą szczerości przez twórce tak długo, jak ten decyduje się na to świadomie. Oczywiście istnieje również odwrotny kierunek (Waglewski?), często pokazywany jako odnajdywanie zagubionej szczerości. To mit. Obydwa mogą być w identyczny sposób szczere twórczo. Widać teraz wyraźnie, że poza samymi deklaracjami twórców, oraz pewną intuicją odbiorców (stosunkowo rzadko spotykaną) niezwykle trudno uchwycić 'natężnie szczerości'. Prostota aranżacyjna i śpiewanie o własnych problemach nie mają z nią jak widać żadnego innego niż akcydentalny związku. Traktowanie ich jako jej wyznaczniki to zwyczajne mylenie kryteriów. Koniec części pierwszej. W ramach załącznika piękna piosenka, której 'szczerość' pozostawiam Waszej ocenie:



***

Zmarła Margaret Thatcher, dwie interesujące sprawy. Pierwsza to kolejne przesunięcie się kulturowej granicy dotyczącej śmierci i mówienia o niej - mówi się o tym w sposób 'wyważony i rozdzielający racje'. Tak jakby realne racje przeciwników Thatcher dawały komukolwiek inne realne racje do chamskiego protestowania na pogrzebie. Źle się stało, o czym 'przyzwalający' zapewne przekonają się dopiero, gdy umrze jakiś Kali. Gdy Kalemu umrzeć sprawa jest zawiła, ale gdy umrze jakiś Kali, pewnie i realnie szlachetny, i ktoś ośmieli się zesrać się wszystkim na głowy wzorem hejterów Maggie, cóż. Zobaczymy. Drugim interesującym tematem jest oczywiście ocena rządów 'Żelaznej Damy', a szczególnie jej dwa autentycznie fascynujące aspekty: wpływ taczeryzmu na atomizację społeczną (a więc: czy rewolucja taczerowska okazała się ostatecznie anty-konserwatywna?) i taczeryzm jako pewna "ludowa utopia", przyznam, niezwykle mi bliska. Dziś mam zbyt mało czasu, żeby zrobić coś więcej niż zasygnalizowanie moich przyszłych wpisów, ale już zachęcam do dyskusji.

***

Mój katolicyzm ma interesującą własność. O ile w sprawach społeczno-politycznych jestem na antypodach ocen ferowanych przez środowisko "Tygodnika Powszechnego", o tyle moja religijność prowadzi mnie od wielu lat do wniosków i przekonań w ogromnej mierze tożsamych z programem 'kościoła otwartego' (określenie, którego szczerze nienawidzę). Prowadzi to regularnie do męczącego emocjonalnie, ale bardzo zdrowego dla intelektu stanu pewnej 'wewnętrznej niekoherencji'. Nie tyle nie chcę przynależeć, co faktycznie nie mogę. Oburza mnie brak koncesji dla Telewizji TRWAM i mierzi pouczanie polskiego ludu z wysokości europejskiego przedpokoju, ale przecież czytam raczej Hryniewicza niż magazyn "Egzorcysta" i mam nadzieję na apokatastazę. No i mam poczucie głębokiego zagubienia duchowego środowiska dzisiejszej Frondy. Nie bawi mnie wypierdalanie Terlika w kosmos, nie bawi mnie tym bardziej, gdy rechot organizują ludzie znacznie od niego głupsi i prymitywniejsi - nie zmienia to jednak faktu, że droga jaką wybrało to środowisko jest dzisiaj drogą na - straszne słowo - duszpasterskie manowce. A tu już mamy bardzo blisko do papieża. Nowy papież niezwykle mnie zajmuje, bo całkowicie rozbija mniemane podziały w Kościele przypominając jednocześnie o podziałach znacznie bardziej interesujących i istotniejszych. No ale to też nie na dziś. A do samej 'niekoherentności' jako swoistej własności umysłu jeszcze powrócę, bo to bardzo zajmujący mnie temat.

***
Dobra, tyle, idę spać. Następnym razem nadam z Ameryki jak Mariusz Max Kolonko. 

sobota, 30 marca 2013

Hermetyczny wpis wielkanocny

Moi ulubieni drugoplanowi bohaterowie liturgii Wielkiej Soboty, top 3:

3. prorok Baruch
2. koń i jeździec
1. pracowita pszczoła

Wesołych Świąt!

środa, 20 marca 2013

Strzępy

W pogoni za oryginalną, a jednak umiejscowioną jakoś w historycznym kontekście tego rodzaju notek/rubryk nazwą zabrnąłem jak widzicie dość daleko. Od czasu do czasu różne refleksje zbierają się jak flegma. Każda z nich zbyt błaha, żeby konstruować całą notkę (chociaż to chyba mało profesjonalne podejście), a jednak żal, żeby się zmarnowały. Zmarnowałem już tak w życiu tysiące myśli, a wierzcie, jakieś 10% z nich było całkiem niezłych. Stąd od czasu do czasu pozwolę sobie zamieścić tutaj taki zlew różnego rodzaju spostrzeżeń.

***

Zacznijmy od muzyki. Sprawa jest już trochę przebrzmiała, bo niezal dyskurs pędzi do przodu, dziś Bowie, jutro nie wiem. No ale cofnijmy się jakiś miesiąc, bo muszę rozrysować graf.

                                        "Anything in Return" >> "No World" >>>> "Anxiety"

Wszystkie te płyty zainteresowały mnie nie tylko jako słuchacza, ale też jako muzyka. Ostatecznie jest to potencjalnie 'mój segment rynku' i trzeba wiedzieć co się dzieje. Inc. nagrali bardzo dobrą, stylową (co za czerstwe słowo), ale w ostatecznym rozrachunku dość chłodną płytę. I nie mam tu na myśli brzmienia czy nawet pewnej 'wycofanej' atmosfery - to mi odpowiada. Raczej jakość samych kompozycji. Za mało ciar otrzymanych względem ciar antycypowanych. Autre Ne Veut ze swoim "Lękiem/Niepokojem" jak widać postawił na ciary i przedobrzył. Momentów jest więcej niż w polskim filmie z lat 80tych, ale wszystko zbyt często gubi się w zwyczajnej histerii wykonawczej i biegunce aranżacyjnej. Wybaczcie, ale czuję się trochę jakbym słuchał własnych pomysłów sprzed dwóch lat. Wygrywa oczywiście Chaz Bundick, facet, którego nie wstyd być fanem. Trzeci album Toro Y Moi wydaje mi się być ostatecznym potwierdzeniem pozycji w ekstraklasie rozpatrywanej ponad kontekstem jednego sezonu czy aktualnej mody. Oczywiście kto wie ten wie od dawna, ale teraz wydaje mi się to zupełnie jasne. Mistrzu prowadź.






***

Co mnie denerwuje to ta znudzona strona hipsterstwa. Moneta ma dwie strony i jedna to szalony entuzjazm, który lubię podzielać. Pewne doznania stadne są fajne i im jestem starszy tym bardziej sobie je cenię. Przyjemnie jest wraz z całym światem poznawać jakąś płytę, czekać na film, uczestniczyć w czymś większym, kiedy w końcu wyjdzie na ten balkon! Niestety hipsterka zmusza do refleksu również w strefie negatywnej i coraz częściej z pewnym zaskoczeniem czytam komentarze ludzi zmęczonych jakimś tematem zanim zdążył się na dobre zacząć. Trochę ludzi poznało trochę więcej płyt Davida Bowiego, ja ledwie zdążyłem odpalić sobie "The Next Day" i już muszę się wizualnie konfrontować z hejtem, że oto cały świat nadrabia Bowiego, bo się zrobił temat. No zrobił się, ja nadrobiłem sobie "Station to Station", przesłuchałem nową płytę, poczytałem trochę o nim, komu to przeszkadza? Kto czuje się zmęczony po czterech dniach? Wyjątkowo krótkie konklawe, jeszcze facet nie zdążył wyjść na balkon, a ludzie już podirytowani, że w mediach tylko papież i papież. Nie mierzi mnie zatem pogoń za nowością. Mierzi mnie tempo w jakim nowość traci przydatność do spożycia. Przecież mało kto już pamięta, że My Bloody Valentine wydało w tym roku nową płytę.


***

Bywam czasem pytane, wprost bądź między wierszami, dlaczego właściwie jestem w Kościele. To trudne pytanie i stąd nigdy nie umiem sformułować na nie czytelnej odpowiedzi. Dzielenie się przekonaniami jest względnie proste, ale już intuicje, przywiązania, presuponowane założenia, niejasne przeżycia i wreszcie coś na kształt jakichś mikro-objawień (błagam, nie zrozumcie mnie źle) stanowi konglomerat zupełnie nie wyrażalny w języku drugiego rodzaju. Zostaje dukanie, przekładanie rozmowy na dogodniejszy czas, retoryczne uniki. Pogodziłem się już z takim stanem rzeczy, a jednak pomoc nadeszła. Znalazłem frazę, która w możliwie najtrafniejszy sposób przekłada większość rzeczy jakie chciałbym powiedzieć, a do tego podsunął mi ją sam Doctor Who. Następnym razem gdy ktoś zapyta mnie dlaczego jestem w Kościele odpowiem mu po prostu: IT'S BIGGER ON THE INSIDE.


***

"Wesoła dzielnica - pasiasta okolica". Wypatrzyłem taką wlepkę w Galerii Krakowskiej i wróciłem do stosunkowo nowej dla mnie sytuacji. Mam swoją dzielnicę. Jako dziecko ze środowiska wiejskiego z miastem obznajomione, ale w mieście do niedawna nie mieszkające odczuwam w związku z tym pewną specyficzną ekscytację. Odkrywam na nowo swój terytorializm. Bawię się w wyznaczanie granic. Zastanawiam się dokąd można jeszcze w dresie (daleko można, są świadkowie), poznaję lokalny element, zaglądam do dziwacznych sklepów. Wrócę jeszcze do tego, bo idzie wiosna. Acha, Wesoła to w tym wypadku nie przymiotnik, lecz nazwa własna. Czy ona taka wesoła to nie wiem, ale moja. Obsikuję teren.


***

Nie pisałem dotąd o grach. Szukam formuły. Gry to ważna część mojego życia. Siedzenie przy planszy wyznacza rytm istotnej części mojego życia towarzyskiego, a jeśli nałożymy na to co jakiś czas obwieszczany w nie-tematycznych mediach 'renesans gier planszowych' (trudno nie skojarzyć tego z legendarnym już 'lata 80-te wracają' jakim bombardowano ludzi mniej więcej od 2004 do 2010, a może i dłużej) to śmiało można stwierdzić, że jest o czym pisać, jest co recenzować, jest do czego zachęcać. Z grami fabularnymi sytuacja się komplikuje. Mam na nie znacznie mniej czasu, a do tego znacznie silniej stygmatyzują społecznie. No ale z takich stygmatów będąc niemal-pod-trzydziestkę mogę się tylko śmiać, a z czego nie udało się wyrosnąć przez studia z tego nie uda się wyrosnąć już nigdy. Najwyżej dokumentnie braknie czasu. Ale będę o grach pisał. Będę waszym oknem do świata dziwnych ludzi i ich dziwnych hobby. Do fantastycznych światów, wielościennych kostek, paskudnie ilustrowanych podręczników z zasadami. Do medium, którego nie znacie.






środa, 13 marca 2013

Niedorehabilitowani

Pojęcie guilty pleasure to już na szczęście relikt minionej epoki. Pozbawiony treści skrót myślowy. Ostatecznie - socjotechniczny trik stosowany celem kaptacji mniej kumatych znajomych dla dobrej muzyki z kręgu przekraczającego ich naturalne zainteresowania. Co za tym idzie rehabilitowanie artystów zaklasyfikowanych onegdaj do grupy niewłaściwej przez ówczesną poprawność muzyczną samo w sobie jest dziś objawem poprawności muzycznej nowych czasów. Rodzajem radosnego wyścigu po nowe-stare skarby muzyki popularnej wyrzucone kiedyś poza nawias, wyszydzone, oplute, zlekceważone. Co więcej nie ma w tym żadnej sentymentalnej pobłażliwości, powrotów uzbrojonych w przymrużone oka i robione w powietrzu cudzysłowy. Schodzimy w otchłanie by wyciągnąć z nich dobre piosenki i ustawić je na piedestale z entuzjazmem tyleż wesołym, co zupełnie poważnym.

Niestety pole eksploracji zawęża się. Co i rusz coś okazuje się być zrehabilitowane przez kogoś innego, a nie można też zapominać o ryzyku porażki, gdy płyty i piosenki, którym postanowiliśmy dać szansę okazują się spoczywać na śmietniku akurat zupełnie słusznie. Oto raport z mojej ostatniej, ryzykownej wyprawy w odmęty wspomnień z dzieciństwa podany w formie względnie zwięzłego, chociaż nieco oszukanego, top 5. Obawiam się, że połowa z tych piosenek zostanie przez was uznana za w oczywisty sposób zrehabilitowane już dawno, zaś druga połowa za gówno zasługujące na wieczne zapomnienie. Mimo to, zapraszam.


5. Formacja Nieżywych Schabuff - Ludzie pragną piękna

Ostatnio podobno wrócili. Wspaniale. Zespół, którego jedyną paralelą ze współczesnością zdaje się obecność w składzie starszej siostry Izy Lach w ogóle miał całkiem niezłą rękę do hitów, której nie były w stanie do końca zniweczyć ani postać i głos wokalisty, ani ogólny fluid przypału jaki już w czasach świetności z nich emanował. Tutaj nieco irytująca harmoszka w zwrotkach i tekst zawierający polskie imiona męskie trochę odwracają uwagę od rewelacyjnego refrenu, ale warto zacisnąć zęby. Szczególnej uwadze polecam harmonie żeńskiego chórku (siostra Izy Lach?) w refrenie, które przyrastają niemal przez całą piosenkę. Trudno też pozostać zupełnie niewrażliwym na ten bezwstydny entuzjazm, który idealnie przylega do wspomnień o upalnych lipcach i sierpniach lat 90tych.



4. Kasia Kowalska - Oto Ja/Jak Rzecz

Nie mogłem się zdecydować. Kasia Kowalska zawsze na tylnych miejscach. Edyta Bartosiewicz nie wymagała nawet symbolicznej rehabilitacji, Hey nawet strącany z piedestału zawsze jednak wiadomo, Kayah i fleciki na liście Screenagers (słusznie oczywiście), a smutna, zawsze jakaś taka przygaszona Kasia w ogonie, przykurzona. A przecież "Oto Ja" to rasowy wyciskacz łez swobodnie przepływający między 'polską  kobiecą balladą rockową', a jakąś eksplozją potencjalnego diva-soulu ('odkryje moje drugie ja- nie, nie, nie, nie, NIE!' - ciary!). Prawdę mówiąc trudno mi się ostatnio od tej piosenki odkleić.



Zaryzykuję stwierdzenie, że "Jak Rzecz" to jedna z tych piosenek, która gra każdemu kto wychowywał się w latach 90tych gdzieś z tyłu głowy i czasem śpiewa się sama przez sen, po pijaku, leżąc na łące, nie wiem. Dość banalne, ale rozbujane 'dżezikowo' zwrotki usypiają czujność pozornym luzem przed emocjonalną ekspresją refrenu z tym zachwianiem rytmu i wstrząsającym 'ciskasz mnie w kąt-OOO' - kto nie płacze ten z policji. Gdzieś to wszystko jest w dialogu z nieszczęśliwą wiecznie Kasią Nosowską, która na zmianę facetów katuje i jest przez nich katowana, ale takie to były czasy.


3. Elektryczne Gitary - Ręce Daleko

"Wielka Radość" to taki album, którego rehabilitacja wydaje mi się zupełnie naturalna, a przebiega jak po grudzie i ciągle gdzieś od kompetentnych przecież ludzi z uszami słyszę jakieś kpiny, żarty i lekceważące uwagi. Sorry, ale jeśli był jakiś polski Pavement to byli to oni wtedy (chociaż dopraszam się o otwartość asocjacyjną tutaj) i jeśli ta piosenka kogoś nie przekonuje to ja nie wiem co robić.



2. Big Cyc - Berlin Zachodni/Ballada o Smutnym Skinie

Wszystko najgorsze, wszystko złe to wizytówka składu (Big) Ce Y Ce. Parafraza żałosna i sucha jak wszystko co się z Big Cycem wiąże. Temat nie do obrony, siara nie do strawienia, gówno nieakceptowalne nawet jako żart. Nic do powiedzenia, więc niech post-clashowy, punkowy wypierdalator o początkach polskiego kapitalizmu walczy o akceptacje sam. Poziom najlepszych singli T-Love przecież. Nawet brzmi to fajnie i ten wokalista co to nie jest Skibą (status Skiby) jest ok. Opener "Z partyjnym pozdrowieniem" zapowiada spoko album, więc dlaczego boję się go posłuchać?


Nie wiem co znajduje się pomiędzy kozackim początkiem, a legendarnym closerem. Legendarny closer jednak broni się nie tylko jako żart (jako żart prawdę mówiąc wcale się nie broni), ale jako dość przejmująca ballada (ta metaliczna gitara brzmi jak z "Across the Universe") i mimo braku jakichś songwritingowych olśnień i tym bardziej mimo dość koszmarnego power-zakończenia to przecież no nie wiem. Chyba osuwam się poza granicę śmieszności. Fajny numer. Boją się go ARABI.


1. De Mono - Ostatni Pocałunek

Piosenka lepsza przecież od "Kochać Inaczej". Dialog basu i funkującej gitary w zwrotkach podsuwa mi tezę, że zanim Afro Kolektyw został na jakiś czas polskim Jamiroquai rola została przelotnie obsadzona przez DeMono - zwróćcie uwagę na akordy w refrenie, przecież to jest kapitalne. I jeszcze ta antycypacja Oasis w kadencji mostka (3:13-3:16), jak tu się nie jarać! Oczywiście na to wszystko kładzie się ten trudny do zdefiniowania, anemiczny cień De Mono jako De Mono - zespołu bez wizerunku, zespołu bez charakteru, zespołu wyrafinowanego z jakiegokolwiek kontekstu. Tyle, że może to właśnie tym lepiej.



Na koniec bonusowe miejsce zerowe, którego nie mam zamiaru omawiać, gdy tak jasno i dobitnie komentuje się ono samo przez się. Elo!


poniedziałek, 4 marca 2013

Wizje Ekranizacyj Niemożliwych

Czytam "Lód" po raz kolejny, drugi dokładniej. Tym razem mam kindla i mogę utrzymywać znacznie lepsze tempo, bo papierową wersję dało się czytać tylko w łóżku/fotelu, a i to nie zawsze, bo ciężkość fizyczna dodawana, mnożona nawet z ciężkością metaforyczną często okazywała się zbyt duża.

Czytam więc, zachwycony, podjarany, zanurzony zupełnie i ironicznie wspominam sobie siebie samego z przeszłości (nieistniejącego zatem? panie Benedykcie?), z 2007 czy tam 2008 roku, niedokształconego filozoficznie, prędkiego do niechęci dziecinnej do głównego bohatera, czekającego tylko kiedy wreszcie będzie o Piłsudskim i Rasputinie, już wtedy zachwyconego, ale nieco na siłę, bo pogubionym się było wówczas zupełnie i w książce i w życiu pewnie też. Doznaję sobie dialogów rozwlekłych, w głowie Benedykta Gierosławskiego czuję się całkiem swojsko, z rozkmin logicznych rozumiem niemal wszystko, szukam sobie dziur w wizji i nie znajduję - świetnie się bawię tylko połowa książki zastała mnie na początku marca i wypadałoby skończyć zanim Ottiepiel uderzy w pełni i zepsuje aurę.

Uderza mnie wizualny potencjał dukajowych pomysłów. Lute zawieszone nad miastem, tęczowe zorze tungetytu i zimnaza, architektura wieżowców opartych na zimnazowych szkieletach, marostiekłowe gogle (dobry asumpt do rozważań o szybkiej i smutnej dla mnie dewaluacji pojęcia steampunk - pewnie do tego wrócę) no i oczywiście wstrząsający w swojej prostocie pomysł z ćmiatłem i świecieniami. Wszystko to błaga o ekranizację, czy to w postaci epickiego filmu pod batutą jakiegoś wizjonera s-f (są dziś tacy w ogóle?) czy serialu czy też wreszcie filmu animowanego. Niestety muszę podzielić się z wami moją niewiarą. Nie ma szans.

1. Polska-Rosja, kto by to wyrozumiał, czyli albo koprodukcja z Ruskimi gdzie Daniej Olbrychski zagra Ojca Mroza, albo jakaś adaptacja skrojona przez Zachód dla Zachodu, całkowicie wyprana z polskich wątków i sprowadzające Carską Rosję do zestawu tanich klisz - klęska tak czy inaczej.

2. Logika, kto by to wyrozumiał, czyli próg wejścia po raz drugi. Tesla pokazywał się już na ekranie i wyrobił sobie markę (David Bowie jest w sam raz stary, żeby wrócić do roli), ale Kotarbiński, Tarski i logika trójwartościowa musiałyby wylecieć z hukiem. Zostałaby nam szpiegowska opowieść w egzotycznej scenerii. Da się niby, ale wątpię, żeby ktoś tak do tego podszedł i u Dukaja szukał takich scenariuszy. Lepiej porządnie zekranizować dalsze Fandoriny.

3. Erotyczna scena niedokonana, czyli nie liczmy na HBO.

4. Tajemniczy wizjoner pokonuje punkty 1 i 2, czyli ile dajesz procent, że będzie miał też pieniądze.

Się nie da się.